“Ze światła poczęte, moje miasto
Z deszczu wyżęte, moje miasto.”
Dzień jak co dzień, idę do szkoły tą samą wydeptaną przez siebie drogą.
Z dworca Śródmieście brnę podziemiami, staram się jak najszybciej bo nie jest to miejsce należące do najprzyjemniejszych w Warszawie.
Mijam kioski, bary, sklepy spożywcze, krawca i sklep „Wszystko za 4zł”. Po drodze mijam też 4 bary z kebabem, może nawet 5… niektóre bardzo blisko siebie i pośród zgiełku słychać tureckie rozmowy. Przechodzę obok nie zwracając na nie szczególnej uwagi, zwykła rutyna.
Idę dalej.
Japonka próbuje mnie namówić na tanie szorty, w tym samym czasie zostaję potrącona przez poirytowaną i biegnącą gdzieś Rosjankę. Widzący to czarnoskórzy panowie krzyczą za mną cytuję: „E! Łana diupa!” co ma znaczyć (przepraszam za wyrażenie) „ładna dupa” ale ich afrykański akcent wypacza nieco język polski. Orientalne zapachy przypominają mi o pobliskim sklepie indyjskim, zaglądam tam, z szerokim uśmiechem wita mnie ciemnooka hinduska z chustą na głowie. Zaczynam się zastanawiać, skąd tam tyle cudzoziemców.
Wchodzę po schodach ku górze i słyszę niemieckie rozmowy.
W szkole natomiast lekcji religii udziela nam ksiądz Claudio, z pochodzenia Włoch.
Wracam do metra, tam na tak zwanej Patelni spotykam muzykujących Indian, w pociągu siedzę obok Angielki uczącej się polskiego.
Po drodze do domu, mijam ukraińskich robotników stojących pod sklepem spożywczym i pijących piwo, no tak, tradycja polska, przecież jest już dawno po godzinie 13.
Ale czy ja aby na pewno jestem w Polsce?
Październik 16, 2008 o 7:42 pm |
Całkiem całkiem – wrażeniami podzieliłem się już na gg.
Nie sądzisz tylko, że trochę za ostro?
Październik 28, 2008 o 10:33 pm |
Tak, jesteś w Polsce Małgorzato.
Narodowość jest chyba nieistotna.